ZIMA

Całunem śniegu przysypany, biały
Park w szarą ciszę pogrążył się cały
I z jakichś głuchych tęsknot się spowiada.
Drzew nagich długa ciemna kolumnada
Wije się sennie i w dali gdzieś ginie,
Wije się cicho po białej równinie
I biegną ławki aleją szeregiem,
Samotne, puste, ubielone śniegiem.

Nic nie zostało z naszej złotej wiosny,
Gdy nas upajał pierwszy szał miłosny,
Gdyśmy uściskiem zaręczeni, sami
Mówili z sobą jeno całunkami
I razem duszę mieli tylko jedną,
I w jasne szczęścia lecieli bezedno,
A ponad nami lipa rozgwarzona
Błogosławiące wznosiła ramiona.

Tu była szczęścia świątynia. Pamiętasz?
A dzisiaj tu mój cichy, biały cmentarz...
Pod miękkim śniegiem, jak zwarzone róże
Lub jak jaskółki, co zamarzły w chmurze,
Śpią pocałunki nasze mrozem ścięte,
A w nagich drzewach sny nasze, zaklęte
W szare pnie, drzemią wśród cichej żałoby...
Choć nie ma krzyżów, wszędzie białe groby.

Gdyby pył śniegu gdzieś z gałęzi szczytnej
Stoczył się i dźwięk srebrny, nieuchwytny
Budząc potrącił drugi w swej pogoni,
Wnet park stustrunną gędźbą się rozdzwoni,
Szeptem słów, miękkim pocałunków echem,
I ty przybiegniesz, i z srebrzystym śmiechem
Ramiona białe rzucisz mi na szyję...
Zagwarzą drzewa, park cały ożyje...

Lecz wkoło cisza taka jak w kaplicy,
Gdzie leży zmarły w mroku tajemnicy,
Gdzie mówić głośno nie wolno przy trunie...
Strach mi, że gdy wstecz spojrzę, na całunie
Śnieżnym zobaczę twoje białe zwłoki,
A w bladej twarzy cień smutku głęboki,
Z tą łzą rozstania skrzepłą, skamieniałą...
Nie śmiem wstecz patrzeć!... tak cicho... tak biało...
                                           Leopold Staff

BAŁWAN

Gdy najsrożej ściskają ziemia lute mrozy, 
Ze niby po jedwabiu skrzypią bose płozy, 
Chociaż zakurka gęsta białą sypie manną: 
Malec suchary z lasu ciągną kopną sanną, 
A niejeden na bary jeszcze brzemię bierze, 
Ze pod pękami prętów kłębią się jak jeżę. 
A że wnet post, bo kończą się chłopskie zapusty, 
Na rzece dla zabawy odrzucają chrusty 
I rumiani jak jabłka, bo mocno przeziębił, 
W ślizgawkę się puszczają stroniąc od przerębli; 
Padają wznak, kształt tłocząc swój wśród śnieżnej ściółki; 
Obrzucają się z śmiechem krągłymi śniegółki; 
Aż w końcu cała rzesza, ruchem rozigrana, 
Toczy wspólnymi siły śnieżnego bałwana: 
Wprawiają mu nos z szyszki, miast oczu dwa sęki, 
Fajkę z gałęzi w zęby i miotłę do ręki, 
By wróciwszy do domu, w wieczornej godzinie 
W zacisznej, ciepłej izbie siedząc przy kominie 
Rysować go, cudaka, pod lampy płomykiem 
Na łupkowych tabliczkach siwawym rysikiem. 
                                       Leopold Staff

O MIKOŁAJU

Choć na pewno to wszystko są baje,
Takie wiecie, baje baju-baju
To jednakże tak coś mi się zdaje;
Że przyjemnie wierzyć w Mikołajów.
Świat się nimi co roku zaludnia
O północy dnia szóstego grudnia.

Nie wiadomo dotychczas dokładnie,
Gdzie Mikołaj przez cały rok żyje,
Chyba w szafkach, w komodach gdzieś na dnie
Przed ludzkimi oczami się kryje.
Kto ma szczęście, ten na dnie komody
Ujrzy czasem strzępek siwej brody.

Bo tak samo dziś, jak przed laty,
Utrzymuje się w modzie ta moda,
Że Mikołaj być musi - brodaty
I że biała być musi ta broda.
Białe brody nie lecą im z nieba,
Dużo waty na brody potrzeba.

Co do worka natomiast, to worek,
W którym wszystkie się mieszczą podarki
Jak powiadał Mikołaj Gaworek-
Najprzedniejszej powinien być marki.
A znów Mikołaj Trepszy,
Taki worek im większy, tym lepszy.

W waszych oczach pytanie się czai:
Co to znowu za dziwne nazwiska?
Otóż z różnych słynnych Mikołaj
Tych dwóch znałem, że tak powiem z bliska.
Odwiedzali mnie w dzieciństwie stale,
Co do dzisiaj jeszcze sobie chwalę.

Pozostałaby nam na ostatek
Jeszcze sprawa tych rózeg...tych witek...
Ale mam nadzieję, proszę dziatek,
Że w tym roku nie będą użyte.
Zresztą po co tu o tym gadamy,
To zależy przecież od was samych.

No, a kiedy odejdzie Mikołaj,
Ten pan z brodą, ta figura z bajek,
To nie wzywaj go, nie płacz, nie wołaj,
Daj powrócić mu do Mikołajek...
Bo najlepiej jest mu w Mikołajkach,
Chociaż może to też tylko bajka.
                        Ludwik Jerzy Kern


ZŁOTA KRÓLOWA - RÓŻA

Daję tobie moją różę, 
w której piękno intelektu zanurzę. 
Wiecznej mądrości podaruję płatki, 
byście poczuli jej królewskie dostatki... 
Daję jej cudowne zapachy, 
by aromatyczne oleje wsunęły się pod wszystkie dachy. 
Dodam pięciokrotność okwiatu do spełnienia zadania, 
tak się objawia oznaka mojego pokoju i poszanowania. 
Przyjmijcie - proszę - królową kwiatów, 
gdyż jej piękno jest równe blaskowi agatów. 
Nie odtrącajcie tej piękności, 
ponieważ mojej róży łodyga nie kłuje z zazdrości... 
Nie zna też kolców i cierpienia, 
z nią jest prawie wszystko do załatwienia... 
Nie ozdabiam jej czerwienią, 
gdyż zakochanym, tak uczucia się mienią. 
Nie pokoloruję jej na biało. 
Moje " ja " tego nie chciało... 
Unikać będę czarnego, 
bo zamierzenia jestem innego. 
Moja róża jest ciepła i złota, 
stąd jej wysłania wzięła się ochota. 
Składam Wam hołd przyjaźni. 
Razem będzie nam lepiej i raźniej. 
Ta róża - to nie są łzy... 
To jesteście dla mnie - drodzy przyjaciele - Wy! 
                                          Aleksandra Baltissen 

GDYBYM SPOTKAŁ CIEBIE ZNOWU...

Gdybym spotkał ciebie znowu...
Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym sadzie, w innym lesie -
Może by inaczej zaszumiał nam las,
Wydłużony mgłami na bezkresie...

Może innych kwiatów wœród zieleni bruzd
Jęłyby się dłonie, dreszczem czynne -
Może by upadły z niedomyœlnych ust
Jakieœ inne słowa - jakieœ inne...

Może by i słońce zniewoliło nas
Do spłonięcia duchem w róż kaskadzie,
Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym lesie, w innym sadzie...
                                 Bolesław Leśœmian
 

FILIŻANKA KAWY

Biedna ta miłość,
cała się zmieści w filiżance kawy.
Smutna ta miłość,
niech się napije, kto ciekawy.

Mała czarna - tęsknota,
duża czarna - nadzieja.
Czy to można tak kochać,
kiedy nic się nie zmienia?

Filiżanka czarnej kawy
z maleńkim kruchym szczęściem.
Niecierpliwość, nuda, zawiść,
Filiżanka codziennie i częściej.

Filiżanka czarnej kawy
z okruchem smutku na dnie,
z pachnącą goryczką obawy.
Powiedz - nie będzie już ładniej?

Mała czarna - tęsknota,
duża czarna - nadzieja.
Czy to można tak kochać,
kiedy nic się nie zmienia?

Filiżanka czarnej kawy
z ukrytym na dnie cierniem,
na lenistwo dla zabawy,
filiżanka codziennie i częściej.

Oceany czarnej kawy
zastygły między nami.
Rozbitkowie w filiżance kawy
mięciutkiej jak czarny aksamit.

Mała czarna - tęsknota,
duża czarna - nadzieja.
Czy to można tak kochać,
kiedy nic się nie zmienia...

Biedna ta miłość,
cała się zmieści w filiżance kawy,
Smutna ta miłość,
niech się napije, kto ciekawy.
                                   Agnieszka Osiecka

ANIELE

Wiem, że tu jesteś...
Ale tak cicho,
jakby Cię wcale tu nie było.
Lecz ja wciąż czuję
- w domu, w lesie, w mieście -
Jakby koło mnie serce czyjeś biło...
Czuję także wpatrzone we mnie Twoje oczy
- uważnie i troskliwie -
nawet w środku nocy.
Wiem też, że na skrzydłach ze światła
pobiec możesz wszędzie
i w mój sen wejść łatwo,
i śpiewać w kolędzie...
Dobrze, że tu jesteś
w dni zwykłe i w niedziele -
ukryty w powietrzu -
mój dobry Aniele!
                                  Brat Tadeusz Ruciński 

DLA TYCH, KTÓRZY ODESZLI

 Dla tych
 którzy odeszli w nieznany świat,
 płomień na wietrze
 kołysze wiatr.
 Dla nich tyle kwiatów
 pod cmentarnym murem
 i niebo jesienne
 u góry

 Dla nich
 harcerskie warty
 i chorągiewek
 gromada,
 i dla nich ten dzień -
 pierwszy dzień listopada.
                                   Danuta Gellnerowa

DZIEŃ ZADUSZNY


 Kiedy miedzianą rdzą
 pożółkłych jesiennych liści więdną obłoki,
 zgadujemy, czego od nas obłoki chcą,
 smutniejące w dali swojej wysokiej.

 Na siwych puklach układa się babie lato,
 na grobach lampy migocą umarłym duszom,
 już niedługo, niedługo czekać nam na to,
 już i nasze dusze ku tym lampom wkrótce wyruszą.

 Jeżeli życie jest nicią - można przeciąć tę nić,
 i odpłynąć na obłoku niby na srebrnej tratwie...
 Ach, jak łatwo, ach, jak łatwo byłoby żyć,
 gdyby nie żyć było jeszcze łatwiej!
                                    Jan Brzechwa

ANIOŁ

Powiew ciepła, 
oddech lata,
uśmiech słońca;
to anioł - nieba ślad...

Kropka nad " i ",
impuls energii,
w kolorach tęczy;
to anioł - troskliwy stróż...

Inna perspektywa,
opiekuna na miejscu,
bielą olśniona;
to anioł - niech czuwa...
Aleksandra Baltissen

MIŁOŚĆ




Przeżywaj w swym skromnym domu,
Śpiewaj, poeto rymów złotych
Śpiewaj! A dobry Bóg nie da cię
skrzywdzić nikomu,
Także kwiaty i słońca dotyk...

Śpiewaj dla tej, którą miłujesz...
Posłuchaj! Klaszczą ci tam na dole.
Śpiewaj biedę, przez którą wędrujesz!
Śpiewaj! I nie chodź po tym łez padole!
                Louis-Honoré Fréchette

NIEDOSZŁE SPOTKANIE

Nie przychodziłaś na spotkanie;
Czas wlókł się ale naprzód brnął niezmordowanie,
W odrętwienie zmieniając ból. Właściwie czemu
Czułem ten ból? Mniej sam brak ciebie; bardziej brak
W tobie tego współczucia, co potrafi przemóc
Opór z czystej dobroci serca: to mnie tak
Bolało, kiedy tykał swe zabójcze zdanie
Zegar: "Nie przyszła na spotkanie".

Tyś mnie naprawdę nie kochała
Nigdy — a tylko miłość potrafi się cała
Poddać władzy współczucia: wiedziałem i wiem.
Lecz czy nie było warto tak niewielkim kosztem —
Godziny, paru godzin — w zmaganiach ze złem
Wspomóc to, co w nas boskie, jednym ludzkim, prostym
Gestem: przyjściem, dowodem, żeś ranić nie chciała,
Choćbyś mnie nawet nie kochała?
                                                 Thomas Hardy

NOC NAD KSIĄŻKĄ

Noc miłosne do uszu szeptała sekreta,
Kiedy drżąca, wzruszona z pięknych ust Romea
Pierwsze pocałowanie swe miłosne wzięła
Ledwie trzynaście wiosen licząca Julietta.
Noc swe czarne, gwieździste namioty rozpięła,
Gdy z werońskiej dzieweczki wykwitła kobieta...
Nie plamiła ciemności zaranna planeta,
Gdy w ramionach królewskich Sulamit tonęła.

Noc jest porą miłości i błysku rapiera.
O nocy, w aragońskich ogrodach pachnąca!...
Gdy do nóg don Juana upadła Elwira,
We łzach słodkiej miłości i żalu tonąca.

Już lampa gaśnie... Książkę zamykam Szekspira..
O nocy... nocy pusta, samotnie płynąca.

                                                Antoni Słonimski
                      animator: Chibusia

ŻEGNAJĄC SIĘ Z MATKĄ

Jak do Ciebie będę pisał
pochylony nad sobą w żalu.
Serce chłodne świeci jak kryształ
i choć wczoraj się z Tobą rozstałem,
jak Ci słowo do dłoni podam
badający uparcie ciemność,
skoro mówisz: lekka jest młodość
chociaż ognia bukiet nad ziemią,
skoro mówisz: ciałem człowieczym,
trzeba schodzić nisko, najniżej,
bo radosna w locie tym wieczność
jest kołyską zrodzoną na krzyżu.
Jak Ci sercem odpowiem jak źródłem
wykuty głosem śpiewnym,
kiedy tłum przerażonych jaskółek
niosę po ręce lewej,
jak mych ust niewyczutych graniem
mam zawołać bohaterski i bliski,
gdy po mej ręce prawej
drży ojczyzny pogięta kołyska
i piosenka wieczorna leży
jak owocu zniszczone grono,
dalej niebo, dom mój i księżyc
opuszczony jak Ty i młodość.
                                                 Tadeusz Grajcy

BAŚŃ JESIENNA

Jesień szemrze ciemną nocą
Baśń cudowną i uroczą
O bogactwie naszej ziemi
Szczęściem życia między swemi
Suche liście z polskich drzew
To nasz szum i zwiewny śpiew
Jesień obraz cudownej twarzy
Ludzką pracy mocy Bożej
Symfonię dźwięków rozgłasza
Piękno ziemi naszej
                                   Emilia Zimnicka

JESIEŃ

Obudzona nocy wrześniowych chłodem,
chodzi po łące, sznur pereł rosy splata,
kąpie się w wodzie melodią gór płynącą,
owiana srebrzystą nicią babiego lata.

Dostojna i piękna zagościła w sadzie.
Darzy owocami czerwienią kuszące,
spowite pamięcią majowych kwitnień lata,
w słońcu nabrzmiałe radością mieniące.

Wchodzi niedomkniętą furtą smużki cienia
w interior skarbnicy cienistego lasu,
by wśród stworzeń tam żyjących,
napełnić spichlerze pokarmem zapasu.

Na kwiecistej łące zbiera ziół naręcza,
brodzi po ugorach, ziemi orką wywróconą,
gdzie czas z ptactwem nasionami gra
na szachownicy pól oziminą nakraszoną.

Przysiada w parku obok zakochanych par,
otula ciepłem swoich ramion bliskich,
gwiazdy za przewodniczki im zaprasza,
ogrzewa chłód uczuć, dotyka też kołyski.

W końcu zmęczona pracy trudem spoczywa
poranione dłonie ciepłem żaru ognisk grzeje,
figlarnym spojrzeniem zachęca do zabawy
wiatru poszumem spadających liści knieje.
                                                         Alina z netu

APOSTROPHE

Nie umiejętność moja to sprawiła,
Ale natura dobrym cię czyniła;
Ta zaś łaskawość i kochanie z tobą
Z tej okazyjej, żeśmy rośli z sobą,

Kiedym wsiadł na cię, tak mi się widziało,
Że na mnie wojska sto tysięcy mało;
Było i męstwo, było serca dosyć,
Nie trzeba było w pierwszy szereg prosić

Ustaną teraz we mnie te przymioty,
Wszędzie owej, co była, ochoty;
Zawsze od bystrej wody sokół stroni
Gdy czuje w skrzydłach, że pióra wyroni

Nie takieć miało być rozstanie,
Nie z takim żalem ciężkim pożegnanie;
Tyś mnie donosić miał jakiej godności,
A ja też ciebie dochować starości.

Ciężkież to na mnie będą peryjody,
Gdy ciebie wspomnę na owe swobody,
Których, na tobie jeżdżąc, zażywałem
Jakie zamyślił, tego dokazałem.

Gdy wojska staną w zwykłej bataliej
Ja nie wygodzę swojej fantazyjej
Więc ciężko westchnąć i zapłakać cale
Na cię wspomniawszy mój dereszu*-Vale**!
               Jan Chryzostom Pasek 
                               "Pamiętniki"

* deresz (z węg.) — koń maści czarnej lub czerwonej, pomieszanej z białą (szronek).
** Vale(łac.) — żegnaj.


ABDYKACJA

Sukienkę miała w paseczki
Perkalikową,
We włosach polne kwiateczki,
Twarzyczkę zawsze różową;
Nie było piękniejszej dzieweczki
Daję wam słowo.

Była doprawdy królewną
Cudownych krajów
I miała orkiestrę śpiewną
W królestwie zielonych gajów,
I armię kwiatów powiewną,
Brzegiem ruczajów.

Gdy zbrojna ruszyła w pole
Wraz z wojskiem swojem,
Wszystko spełniało jej wolę;
Słynęła w świecie podbojem
I mnie zabrała w niewolę
Nad jasnym zdrojem.

Miała na swoje rozkazy
Nadziemskie moce,
Poranki słodkiej ekstazy,
Rajskich pożądań owoce,
Gwiaździstych sfer krajobrazy,
Wiosenne noce.

Nie wiem, dlaczego złożyła
Berło liliowe
I na koronki zmieniła
Swoje korony tęczowe.
Wiem, że Arkadia straciła
Swoją królowę.

Dziś tylko... wielką jest damą,
Strojną bez miary:
Ma pałac z herbem nad bramą,
Kaprysy spełnia mąż stary;
Ale już nie jest tą samą,
Znikły, ach! czary.

I chód króluje na balu
W każdym salonie,
Znać na niej jakiś cień żalu...
I marzy, wspierając skronie,
O swej sukience z perkalu
I polnych kwiatów koronie.
                                               Adam Asnyk

ŚMIERĆ MIŁOŚCI POTRZEBNA... / nie żyje komik Robin Williams


~ fragment wiersz autora

Śmierć miłości potrzebna
jak sól ją utrwala,
ukochani umarli są z nami już blisko
w śnie na palcach podchodzą
czytamy ich listy
dopiero po rozstaniu pamięta się wszystko...
                                                Ks. Jan Twardowski

                                      
        

LIST MIŁOSNY (opowiadanie)

Pewna księżniczka dostała na urodziny od swego narzeczonego ciężką,
choć niezbyt dużą paczkę, o dziwnym okrągłym kształcie.
Zaciekawiona rozpakowała szybciutko i znalazła w środku... kulę armatnią.
Rozczarowana, ze złością rzuciła ją na podłogę.
Wtedy pękła zewnętrzna czarna powłoka
i ukazała się mniejsza kula w pięknym srebrzystym kolorze.
Księżniczka podbiegła i ujęła ją w dłonie.
Obracając ją, przypadkowo przycisnęła lekko w pewnym punkcie jej powierzchnię.
I oto srebrna otoczka otworzyła się, odsłaniając wspaniałą złotą szkatułkę.
Teraz księżniczka łatwo otworzyła złote pudełeczko,
w środku którego na miękkiej czarnej materii spoczywał cudowny pierścionek,
połyskujący brylancikami tworzącymi dwa słowa:
KOCHAM CIĘ.

                                                         Bruno Ferrero


Wielu ludzi myśli: Pismo święte to nie dla mnie. Jest zbyt trudne, nie potrafiłbym nic zrozumieć. Lecz jeśli ktoś zdobędzie się na wysiłek zdarcia pierwszej "warstwy" poprzez skupienie i modlitwę, za każdym razem odkryje nowe i zaskakujące wspaniałości. A przede wszystkim zostanie bezgranicznie zadziwiony jednoznacznością biblijnego boskiego posłania: BÓG CIĘ KOCHA.  

NIAGARA

Majestatyczna fala ospale sobie płynie,
Potem wpada nagle z pozornym bezdechem
Oszalała i uderza swym zwodniczym echem,
A ogromna rzeka spada w bezdennej dolinie.

Tu upadek! Przerażenie wywołane od jego grzmotów,
Tak samo u ptaków wędrownych, które się masowo oddalają
W bezkresną otchłań, gdzie się sklepienia nieba roztaczają,
Jego wstęga ognia na łożu mglistych obłoków.

Wszystko drży, zamienia tę potężną lawinę
Wody, wśród gór zielonych, w białą pianę
Dziką, wściekłą, skaczącą, ryczącą...

A jednak, mój Boże, ta rozszalała fala,
Która skały kruszy, dęby zapyla,
Szanuje małą słomkę obok przelatującą.
                              Louis-Honoré Fréchette 
                                              tłum.  Ryszard Mierzejewski

GDZIEŻ SĄ TWE OCZY...





Gdzież są twe oczy, co na mnie patrzyły,
Usta jedyne, co mnie całowały?
Gdzież biódr wysmukłość, gdzie krągłości ciała.
Stworzone chyba dla rajskich rozkoszy?
Czyś ty istniała? Więc któż ciebie spłoszył?
O tak, tyś była, boś mi szczęście dała,
Potem, niewierna, uciekłaś, kochanko,
I moje życie na zawsześ splątała.
                                         Johann Wolfgang Goethe

WZGÓRZE

Więc jestem tu
w połowie drogi między światem żywych
na rozległym wzgórzu
z widokiem na przyszłość
nie - tu rzeka czasu rozlewa się wokół
otacza wzgórze i biegnie po horyzont
odległe zdarzenia jak kręgi w wodzie
łączą się, bledną, wygładzają
zapomniane - nikną w głębinie
fala potężnieje - nawet
kładka wiodąca mnie tutaj - pod wodą
jeszcze widać cień
odleglejszy, ginący, zapomniany
i patrzę i tylko bezmiar wód
patrzę - i tylko wzgórze
jeszcze jedno dla mnie - nie: ostatnie
kiedyś może inny cień wskaże mi drogę
przez rzekę... przez mgłę... przez życie
z rozległego wzgórza

                                 Jarosław Zieliński

ROZMOWA O DESZCZU

Co robisz w dni gdy nie pada deszcz?
Czekam aż zacznie padać
Nigdy nie czekasz na kogoś?
Nie - deszcz jest przecież prostszy

Przychodzi i dotyka mnie oddzielając
od świata wodną zasłoną
przecieka przez palce i znika - odchodzi
nie pozostawiając mi obietnic na przyszłość
żadnej nadziei na następne spotkanie
ale przecież cieszę się
gdy nadchodzi znów pochmurny dzień
Nigdy nie masz go dość?
Nie przecież zawsze możesz
skryć się pod dachem
ale czy wiedząc to nie zostajesz zawsze
sam pośrodku mokrej ulicy
tańcząc gdy idziesz przez deszcz
czując na policzkach - jak łzy
jego krople

                 Jarosław Zieliński

U WRÓT DOLINY

Po deszczu gwiazd
na łące popiołów
zebrali się wszyscy pod strażą aniołów

z ocalałego wzgórza
można objąć okiem
całe beczące stado dwunogów

naprawdę jest ich niewielu
doliczając nawet tych którzy przyjdą
z kronik bajek i żywotów świętych

ale dość tych rozważań
przenieśmy się wzrokiem
do gardła doliny
z którego dobywa się krzyk

po świście eksplozji
po świście ciszy
ten głos bije jak źródło żywej wody

jest to jak nam wyjaśniają
krzyk matek od których odłączają dzieci
gdyż jak się okazuje
będziemy zbawieni pojedynczo

aniołowie stróże są bezwzględni
i trzeba przyznać mają ciężką robotę

ona prosi
- schowaj mnie w oku
w dłoni w ramionach
zawsze byliśmy razem
nie możesz mnie teraz opuścić
kiedy umarłam i potrzebuję czułości
starszy anioł
z uśmiechem tłumaczy nieporozumienie

staruszka niesie
zwłoki kanarka
(wszystkie zwierzęta umarły trochę wcześniej)
był taki miły - mówi z płaczem
wszystko rozumiał
kiedy powiedziałam -
głos jej ginie wśród ogólnego wrzasku

nawet drwal
którego trudno posądzić o takie rzeczy
stare zgarbione chłopisko
przyciska siekierę do piersi
- całe życie była moja
teraz też będzie moja
żywiła mnie tam
wyżywi tu
nikt nie ma prawa
- powiada -
nie oddam

ci którzy jak się zdaje
bez bólu poddali się rozkazom
idą spuściwszy głowy na znak pojednania
ale w zaciśniętych pięściach chowają
strzępy listów wstążki włosy ucięte
i fotografie
które jak sądzą naiwnie
nie zostaną im odebrane

tak to oni wyglądają
na moment
przed ostatecznym podziałem
na zgrzytających zębami
i śpiewających psalmy

                        Zbigniew Herbat

ROZMYŚLANIA NA DWORCU

Na wszystkich dworcach świata
W poczekalniach, na peronach
Każda rozmowa o życiu
Zostaje niedokończona

Podróżni różni
Nic się nie różnią
Na dworcach każdy
Staje się próżnią

Jest tak jak wszędzie
Szczęście, nieszczęście
Tylko, że w pędzie
Tylko, że częściej

Na wszystkich dworcach świata
Daleką drogą olśnienie
Toczysz się losu koleją
Po swoje przeznaczenie

Suma powrotów i pożegnań
Daje w efekcie zero
Niektórym życie jak pociąg
Niektórym życie jak peron
Wsiadają, wysiadają
W bufetach piwem się raczą
Przyjeżdżają, odjeżdżają
Płaczą

Gubią się, odnajdują
Walizy taszczą
Zjadani, wypluwani
Dworców studrzwiową paszczą

Niech wszystko działa
Zgodnie z rozkładem
Pociąg odchodzi
Ja, nie pojadę
                                     Jonasz Kofta

JAK TU NIE KOCHAĆ PSA...

(Psy obchodzą swoje święto - 1 lipca)

 





Jak tu nie kochać psa
gdy pies taki ogon ma (...)
Jak tu nie kochać psa
gdy pies taką mordę ma (...)
Jak tu nie kochać psa
gdy pies takie oczy ma (...)
I jak tu nie kochać psa
gdy pies takie serce ma !

                 Barbara Borzymowska

JAK SOBIE NIEKTÓRA BIEDOTA WYOBRAŻA NIEBO

Kiedy umrzemy, będziemy spali
na róznobarwnej świecącej fali;
śpiewać nam będą anielskie chóry
same preludia i uwertury.

Kiedy umrzemy, dadzą nam nieba
zawsze bez miary mięsa i chleba,
słodkiego wina i maku z miodem,
tak że nie będziemy przymierać głodem!

Ledwie się budzisz, zaraz od rana
w białą sukienkę jesteś ubrana,
a w jasne włosy, niepostrzeżenie,
ktoś szylkretowe włożył grzebienie.

Wnet aniołowie przynoszą kruże.
a w nich pachnące czerwone róże,
pęki goździków, kiście mimozy,
białe kamelie i tuberozy.

Kiedy umrzemy, moje kochanie,
święto wieczyste dla nas nastanie,
grać będą co dzień posłuszne wiatry
najucieszniejsze w świecie teatry.

Słońce, nie piekąc zbytecznie, świeci
a tuż orkiestra powietrzna leci
i ulubione od Matki Boskiej
grają mazurki ci Szopenowskie.

A gdy już staniem na Strasznym Sądzie,
to sam Stróż Anioł przy nas usiądzie,
przejasny anioł w promieniach cały,
żeby się biedne dusze nie bały.

Kiedy już herold z trąbą się zmęczy,
na niebotycznej klękniem przełęczy
i być nie może chyba inaczej,
tylko nam grzechy Pan Bóg przebaczy!

Skrzydła weźmiemy świecące, nowe,
ty - przezroczyste, ja - purpurowe,
i polecimy w obłoki sami
z panem Jezusem i aniołami.
                                  Kazimiera Iłłakiewiczówna

SERCE ROZEŚMIANE

Twoje życie należy do ciebie
nie daj go sobie wtłoczyć w ramy nędznego poddania.
czuwaj.
zawsze jest wyjście.
gdzieś musi być światło.
niekoniecznie dużo ale
wystarczy by rozproszyć mrok.
czuwaj.
bogowie dadzą ci możliwości.
poznaj je.
skorzystaj z nich.
nie, nie pokonasz od razu śmierci
ale możesz dać jej łupnia w życiu, czasami.
a im częściej dasz sobie z tym radę,
tym bardziej rozproszysz mroki.
twoje życie należy do ciebie.
pamiętaj o tym, póki jeszcze je masz.
jesteś cudem.
bogowie tylko czekają by zacząć się zachwycać
                                                                                                        tobą.
                                            Charles Bukowski

MOJE PSIE NIEBO

Dokąd idą psy gdy odchodzą?
No bo jeśli nie idą do nieba,
to przepraszam Cię, Panie Boże,
mnie gościny tam też nie potrzeba.

Ja poproszę na inny przystanek -
tam gdzie merda stado ogonów.
Zrezygnuję z anielskich chórów
tudzież innych nagród nieboskłonu.

W moim niebie będą miękkie sierści,
nosy, łapy, ogony i kły.
W moim niebie będę znowu głaskać
wszystkie moje pożegnane psy.

Barbara Borzymowska

MODLITWA KONIA Z TRANSPORTU

                                                                                   Mój wiatronogi Boże koni
                                                                               Czy Ty naprawdę widzisz wszystko?
Strach, ból i głód i krew i śmierć?
Nie ma nikogo z mojej stajni i nie znam drogi na pastwisko…
Bardzo się boję, Panie mój,
Tutaj tak ciasno jest, i ciemno,
I taki bardzo jestem sam
Choć tyle koni jedzie ze mną…
Boże, z ogonem bujnym, grzywa gęstą,
Ja przecież jestem,
Przecież byłem
Na Twoje podobieństwo.
Nikt by w to teraz nie uwierzył,
Nic z tego nie zostało...
Czterokopytny Boże, spraw
By umieranie nie bolało…
Jeszcze o jedno Cię poproszę
Nim wszystko będzie końcem –
Niechaj na przekór wyśnię sen,
Że galopuję w słońce
I pędzę wprost w promieni blask, 
Pękają chmury w niebie,
                                                                                         A ja nie czuję więcej nic,
                                                                                          I mknę i gnam do Ciebie…
Barbara Borzymowska


MIŁOŚĆ

Moja dusza była błękitną szatą w kolorze nieba;
porzuciłam ją na skale przy morzu
i naga przyszłam do ciebie podobna do kobiety.
I jak kobieta usiadłam przy twoim stole
i wypiłam puchar wina, i wdychałam zapach kilku róż.
Odnalazłeś mnie piękną, podobną do kogoś, kogo widziałeś we śnie,
zapomniałam wszystko, zapomniałam moje dzieciństwo i moją ojczyznę,
wiedziałam tylko, że byłam uwięziona w twoich pieszczotach.
I wziąłeś lustro, uśmiechając się i poprosiłeś, abym popatrzyła na siebie.
Zobaczyłam swoje ramiona z prochu, kruszące się,
zobaczyłam swoją chorą piękność i niczego już nie chciałam, tylko – zniknąć.
Ach, trzymaj mnie w ramionach tak mocno, abym już niczego nie pragnęła.

                          Edith Södergran

NIE POZWÓL ABYM CIĘ ZWIÓDŁ...

Nie pozwól abym cię zwiódł
Niech nie zwiedzie cię moja twarz.
Noszę bowiem tysiąc masek – masek, których boję się zdjąć,
a żadna z nich nie jest mną.

Udawanie jest sztuką, która stała się moją drugą naturą.
Ale ty nie daj się oszukać.
Zaklinam cię na Boga, nie pozwól się oszukać.

Sprawiam wrażenie, że jestem pewny siebie,
Że jestem radosny i nie mam problemów,
Ani na zewnątrz, ani w środku mnie,
Że pewność siebie jest moim imieniem, a opanowanie moją zabawą,
Że wody są spokojne, a ja panuję nad wszystkim
I że nikogo nie potrzebuję.

Ale nie wierz mi, proszę.
Z wierzchu moja dusza wydaje się gładka,
ale ta powierzchnia jest moją maską,
która wciąż się zmienia i bezustannie skrywa wnętrze.

W środku jednak nie ma ukojenia.
W środku ukrywa się mój umysł – zagubiony, zalękły, samotny.
Ale ja to ukrywam.
Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział.
Przeraża mnie myśl, że moja bezsiła i strach zostaną odkryte.

To dlatego szaleńczo tworzę swoje maski by się za nimi skryć;
Nonszalancka, wymyślna fasada,
Która pomaga mi udawać – chroni mnie przed spojrzeniem,
które Wie.

Ale takie spojrzenie jest moim wybawieniem.
Moim jedynym wybawieniem. I gdzieś, głęboko, ja to wiem.
Jest tak, jeśli podąża za tym akceptacja, jeśli podąża za tym miłość.

To jest jedyna rzecz, która upewni mnie w tym,
w czym ja upewniam siebie – Że jestem czegoś wart.

Ale ja tobie tego nie mówię. Nie śmiem. Obawiam się tego.
Obawiam się, że z twoim spojrzeniem nie przyjdzie akceptacja i miłość.
Boję się, że będziesz mi miała za złe, że będziesz się ze mnie śmiać,
I że zobaczysz moje wnętrze i mnie odrzucisz.
Tak więc gram moją grę – w desperacji.
Z maską pewności siebie na zewnątrz i drżącym dziecięciem wewnątrz.

I tak zaczyna się parada masek, a moje życie staje się linią frontu.
Mówię do ciebie o niczym, słodkim tonem płytkiej pogawędki.
Mówię wszystko, ale to wszystko jest niczym,
Gdyż nie mówię nic, co byłoby wszystkim,
Nie mówię o tym, jak coś wewnątrz mnie roni łzy;
Więc kiedy zaczynam moją grę, nie daj się oszukać moim słowom.
Posłuchaj uważnie i spróbuj usłyszeć to, czego nie mówię.
Co chciałbym być w mocy powiedzieć,
Co muszę powiedzieć, aby przetrwać, ale powiedzieć nie mogę.
Nie chcę się ukrywać, naprawdę!
Nie chcę tej gry zewnętrznych złudzeń, którą gram – gry pozowania.

Chciałbym raczej być szczery i spontaniczny – być sobą,
Ale musisz mi pomóc. Musisz wyciągnąć do mnie rękę,
Nawet jeśli zdaje ci się, że to jest ostatnia rzecz jaką chcę.
Tylko ty możesz zerwać z moich oczu
tą zabójczą kurtynę duszącej śmierci.
Tylko ty możesz przywołać mnie do życia.

Za każdym razem kiedy próbujesz zrozumieć,
i dlatego że naprawdę tak chcesz,
Mojemu sercu rosną skrzydła – bardzo małe skrzydła,
kruche, ale jednak skrzydła.
Z twoją czułością i współczuciem i twoją mocą zrozumienia
Możesz tchnąć we mnie życie.
Chcę żebyś to wiedziała.
Chcę żebyś wiedziała jak jesteś dla mnie ważna,
Jak możesz, jeśli zechcesz, być stwórcą osoby, którą jestem.

Błagam cię – chciej to zrobić. Tylko ty możesz zburzyć ten mur
Za którym ja drżę; tylko ty możesz zdjąć moją maskę.
Tylko ty możesz uwolnić mnie od mrocznego świata paniki i niepewności,
Od mojej samotnej osoby.
Nie omiń mnie obojętnie.
Proszę... nie omijaj mnie obojętnie.

To nie będzie dla ciebie łatwe;
Długie skazanie na bezwartościowość tworzy grube mury.
Czym bardziej się do mnie przybliżysz,
tym mocniej będę walczyć w zaślepieniu.

Gdyż walczę przeciwko tej samej rzeczy, za którą tęsknię.
Ale mówią, że miłość jest silniejsza nisz mury,
a w tym moja cała nadzieja.
Spróbuj, proszę, zburzyć te mury stanowczymi dłońmi,
Ale muszą być one łagodne,
bo dziecko w środku jest bardzo wrażliwe.
                                                      Charles C. Finn

WILK STEPOWY

Ja, wilk stepowy gnam bez końca,
Świat pod całunem śniegu legł,
I nigdzie sarny ni zająca,
A nawet kruk z gałęzi zbiegł.
W sarenkach jestem zakochany,
Ach, gdybym chociaż jedną miał,
Wziąłbym ją w zęby, wziąłbym w łapy,
I przy niej rozkosznie się grzał.
Ach, jaki byłbym dla niej czuły,
W jej uda kłami bym się wpił,
Jej krew chłeptałbym aż do syta,
A z żalu bym po nocach wył.
Wystarczyłby mi nawet zając,
Kawałek grzbietu, jeden skok;
Czyż wszystko mnie już opuściło,
Co rozwesela życia mrok?
Siwieje mi już włos ogona,
I bystrość oka przyćmił czas,
Przed laty zmarła moja żona,
Więc gnam za sarną w ciemny las.
O sarnach marzę i zającach,
Pragnienie gaszę lodu krą,
Zimowy wiatr po nocach pląsa,
Zanoszę diabłu duszę mą.

                  Hermann Hesse

PORANEK

Kto na Święta Zielone, dal kusząc, rwie kwiaty —
Mówią o nim: «Deszcz zrywa!» — że niby to właśnie
W ślad za kwiatem — wszemrany w pijanych wód baśnie
Deszcz nadbiegnie — wesoły, kropliście skrzydlaty!

Miedzą w zieleń idziemy. Najskrytszem źdźbłem dłoni
Wżywaj się w kwiat, oślepły od słońca i rosy!
Deszcz zrywamy! Pod wierzbą przykucnął wiatr bosy!
Ciszom, spadłym z zaświatów, do ucha świerszcz dzwoni!

W trawie — świateł, wznak ległych, czujne próżnowanie…
Deszcz zrywamy! Dość westchnąć, a śpiew się już słyszy!
Spójrz w obłoków różowe w niebie pączkowanie,
Gdy ich ruchom — barw zmiana, nie chcąc, towarzyszy…

My dwoje — iluż dalom stąd widni i światom!
Któryż z rzędu nam błękit uderza do głowy?
Zrywamy deszcz! Idź wolniej i śnij się tym kwiatom…
Deszcz zrywamy! O, dłuż się, poranku czerwcowy!

                                                             Bolesław Leśmian



ŚPIĄCY

Żadna mapa nie zaznacza tej ulicy,
Gdzie śni tych dwoje śpiących.
Zgubiliśmy jej ślad.
A oni spoczywają pod wodą
W błękitnym niezmiennym świetle
Przy otwartych oszklonych drzwiach
Przysłoniętych żółtą koronką.
Przez wąską szczelinę
Wnika zapach wilgotnej ziemi.
Ślimak pozostawia srebrny ślad;
Ciemne zarośla okalają dom,
A my oglądamy się wstecz.

Pośród płatków bladych jak śmierć
I liści o wyraźnym kształcie
Oni śpią, tuląc usta do ust.
Biała mgiełka unosi się w górę,
Małe zielone nozdrza oddychają,
Śpiący przewracają się we śnie.
Wyrzuceni z ciepłych łóżek
Jesteśmy snem, który oni śnią.
Są poza zasięgiem wszelkich krzywd,
A my zrzucając skórę zsuwamy się
W inny czas.

                            Sylvia Plath

DAJCIE DZIECIOM SŁOŃCE

 ~ wiersz dla dzieci

Kiedy dziecko śpiewa –
śpiewa cały świat.
Cały świat piosenką jest,
śpiewa kot i śpiewa pies,
ptak na niebie, wiatr na drzewie,
świerszcz na łące…
Nawet kiedy pada deszcz,
to ten deszczyk śpiewa też,
że po deszczu, że po deszczu
będzie słońce.

Kiedy dziecko tańczy – tańczy cały świat.
Z rudym kundlem czarny kot,
drzewa z niebem, z ziemią płot,
ptak z obłokiem, wiatr z motylem,
świerszcz na łące…
Cały świat ma tyle lat,
ile dzieci mają lat,
te dzieciaki, co do tańca
wzięły słońce.

Kiedy dziecko płacze –
płacze cały świat.
Kot ma oczy pełne łez,
na podwórku płacze pies,
wiatr w kominie, mysz pod miotłą,
świerszcz na łące.
O, jak słono od tych łez,
nawet cukier słony jest,
o, jak ciemno, o jak zimno –
gdzie jest słońce?

Dajcie dzieciom słońce, żeby łez nie było,
Dajcie dzieciom słońce, dajcie dzieciom miłość.
Dajcie dzieciom słońce, całe słońce z nieba,
Żeby mogły tańczyć, mogły śpiewać.

                                 Wanda Chotomska

DZIECI

 ~ wiersz na dzień dziecka
 
Dorastają znienacka przez miłość i potem tak nagle dorośli
trzymając się za ręce wędrują w wielkim tłumie –
(serca schwytane jak ptaki, profile wrastają w ziemię a w półmrok).
Wiem, że w ich sercach bije tętno całej ludzkości.

Trzymając się za ręce, usiedli cicho nad brzegiem.
Pień drzewa i ziemia w księżycu: niedoszeptany tli trójkąt.
Mgły nie dźwignęły się jeszcze. Serca dzieci wyrastają nad rzekę.
Czy zawsze tak będzie – pytam – gdy wstaną stąd i pójdą?

Albo też jeszcze indziej: kielich światła nachylony wśród roślin
odsłania w każdej z nich jakieś przedtem nieznane dno.
Tego co w Was się zaczęło czy potraficie nie popsuć,
czy będziecie zawsze oddzielać dobro i zło?
                       Jan Paweł II  - (Karol Wojtyła)